Oglądaliście film Wag The Dog? Tuż przed wyborami prezydenckimi, aktualnemu prezydentowi grozi skandal seksualny. W celu jego zatuszowania, specjalna grupa robocza fabrykuje wojnę. Za pomocą środków przekazu publicznego, kilku artystów, skazanego na śmierć przestępcy, tworzą historię, która porywa tłumy. Brzmi zabawnie… prawie. Dość takie rzeczywiste.

Film pokazywał, jaką siłę mają media i co mogą one robić z nami, zwykłymi ludźmi. 20 lat później, sytuacja wygląda według mnie dosłownie tak samo. Różnica polega na tym, że media klasyczne dalej się liczą ale Internet zmienił postać rzeczy – zresztą dzięki nam, informatykom ;) Teraz za pomocą sieci jesteśmy wstanie przeczytać o wszystkim, prawie wszędzie. Istnieje masa portali społecznościowych jak i masa portali tematycznych. Istnieją również grupy i… jednostki. A wszystko rozbija się tutaj o zasięg.

Te dwadzieścia lat temu, głównym źródłem informacji była telewizja, radio i gazety. Im większy nakład, tym większa szansa, że nas ktoś przeczyta. Ale ten nakład był dyktowany popularnością danego medium. A popularność zyskiwało się jakością i prawdziwym dziennikarstwem. Oraz mimo wszystko mówieniem prawdy. To było na tyle ważne, że konkurencyjni dziennikarze próbowali zdyskredytować tych którzy coś opublikowali. Czyli było jakakolwiek walidacja tego co mamy i co czytamy. Co, jak pokazuje film, można było oszukać.

Teraz jednak, kiedy informacja jest powszechnie dostępna, i jest jej tyle, że ciężko się w tym połapać, natrafiamy na sytuacje w których ludzie zamykają się na kilka źródeł wiedzy i nie patrzą i nie szukają jej nigdzie indziej. Tyczy to każdego, mamy swoje własne ulubione portale, RSSy i inne, które przeglądamy i za pomocą których wyrabiamy sobie naszą opinie i zdanie na temat świata.

Problem polega na tym, że teraz nie liczy się jakość wiedzy i czy też jej prawda. A zasięg. Ten kto ma większy zasięg, ten mówi prawdę i ten był też piereszy mówiący i o tym itp itd.. Tego słucha większa grupa ludzi, tego więcej ludzi cytuje. A im więcej ludzi, tym głośniejsi oni są, i tym trudniej jest z nimi wejść w dyskusję. Działa zasada tłumu, i jedna osoba próbująca się z niego wybić zostanie zadeptana.

Dlatego tak ważne jest skąd my bierzemy naszą wiedzę. Czy jest to osoba która ma 20 tysięcy czytelników, czy osoba mająca 2 tysiące? Jeżeli ten co ma 2 tysiące powie, że euro zdrożeje, a następnie ten co ma 20 tysięcy powie, że euro stanieje, to kogo posłucha masa? Tego który ma więcej czytelników. Niezależnie od tego jakie by dowody przedstawił i czy w ogóle by jakieś przedstawił.

Więc przede wszystkim, powinniśmy włączyć myślenie. Nie wierzmy wszystko to co mówią nam ludzie z największym zasięgiem (oczywiście, Ci z mniejszym też nie muszą mówić prawdy). Bardzo często ich opinie służą im, a nie innym. Są one skierowane tak by przyniosły korzyści osobie wypowiadającej. Nie bądźmy tłumem. Zadajmy pytania, nawet najbardziej oczywiste. Dociekajmy prawdy, bądźmy ciekawi. i nie wierzmy we wszystko co przeczytamy, nawet jak 1 000 000 ludzi dało like czy share na artykule

 

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułElixir #17 – ex czy exs
Następny artykułPosty techniczne
Tata, mąż, bloger, pasjonat. Uwielbia bawić się nowościami, chodzić na konferencje, pomagać innym. Z chęcią wypije piwo z kimś kto ma na to ochotę a przy okazji porozmawia o tym i owym :)

6 KOMENTARZE

  1. Z argumentem, że ‘kiedyś liczyła się prawda’, też bym polemizował. Mówi się, że już wojnę amerykańsko-hiszpańską (1898) wywołali dziennikarze.
    [i]After the Maine was destroyed, New York City newspaper publishers Hearst and Pulitzer decided that the Spanish were to blame, and they publicized [b] this theory as fact [/b]in their papers.[/i] (podkreślenie moje)
    źródło:
    https://en.wikipedia.org/wiki/Spanish%E2%80%93American_War#Declaring_war
    Jest też o tym w wydanej w Polsce książce o prostym tytule “Wojna amerykańsko-hiszpańska”
    http://www.naukowa.pl/Ksiazki/wojna-amerykansko-hiszpanska-626841

    Nie żebym bronił współczesnych mediów, bo dla mnie wszystkie media ogólnotematyczne to ściera, ale wieje mi tu po prostu podejściem typu “dawniej było lepiej”, które rzadko jest bliskie prawdzie ;)

    • Cieszę się, że istnieje przykład, że było inaczej :) ale patrząc na to tak: ~120 lat temu był przykład że odpowiednia informacja może mieć pewne, zaplanowane skutki. A przy mocy i zasięgu da się zrobić rzeczy niemożliwe :)

      To teraz… co człowiek może zrobić w XXI wieku mając do dyspozycje narzędzia dostępne z każdego miejsca na świecie? :) tym bardziej twierdzenie myśl ma ręce i nogi.

      A to, że kiedyś było lepiej… było mniej a czy lepiej? Nie sądzę :) zresztą :) bardzo fajny talk na temat: za moich czasów ;) wait for it:

      https://www.ted.com/talks/john_mcwhorter_txtng_is_killing_language_jk

      Wiec jeżeli ubrałem słowa tak, ze kiedyś było lepiej to raczej miałem na myśli, ze kiedyś nie było tego tyle i dało sie to jeszcze jakoś weryfikować. Teraz, zostało nam tylko to ci mamy w głowie.

      Btw – bardzo fajny link, dzięki :)

  2. Dało? Jak? Było mniej informacji, ale i mniej sposobów dojścia do prawdy.
    Dziś, żeby zweryfikować plotkę, możemy szybko kliknąć w internet. I nawet jeśli wyjdziemy z założenia, że popularne strony to ściema, a Wikipedia jest zafałszowana, możemy poszukać po portalach tematycznych, nagłówkach publikacji naukowych (a nawet-dzięki dziełom o otwartym dostępie – całej ich treści), skontaktować się ze znajomym specjalizującym się w temacie czy kolegą z zagranicy w ciągu kilku sekund. A co mógł zrobić, trzymając się Hiszpańskiego przykładu, przeciętny Nowojorczyk czy Teksańczyk? Prasa i plotki to były jedyne źródła informacji.

    Skłaniam się ku innemu twierdzeniu – człowiek i tak będzie dążył do informacji, które mu pasują, które chce usłyszeć. Wystarczy popatrzyć, co lubią i udostępniają na Mordoksiędze znajomi, żeby się w tym utwierdzić. I tak dysonans poznawszy to moja absolutnie ulubiona teoria w psychologii, a cherry picking, podstawowy błąd atrybucji i podobne to miód na moje uszy ;>

    • teraz jak i wtedy było dostępne odpowiednie narzędzia do weryfikacji. Teraz jak i wtedy przeciętny człowiek tego nie robił bo to jest jednak za dużo zachodu. Teraz mogę jedynie powiedzieć, że tego jest tyle, że ciężko robi się filtr na tyle dobry by wywalić wszystkie nieprawdy. A nawet jak już dojdę do tego czego szukałem, to nie jestem pewny czy to co znalazłem to jest to, czy to jest fałsz.

      Więc, mieli prasę, mieli plotki, mieli listy, mieli telegrafy. w sensie, mieli narzędzia, mogli je wykorzystać. my mamy internety, maile, messengery, itp itd. też możemy.

      Dalej więc uważam, biorąc pod uwagę liczbę wiadomości i dostępnych źródłem ich dostarczenia, że było możliwe zweryfikowanie odpowiednich informacji :)

  3. Żeby doprecyzować mój tok rozumowania – mieli sposoby, ale trudniej dostępne. Weź pod uwagę, że guglając nawet nie musisz się ruszyć z domu. A co jeśli w twojej mieścinie sprowadzano by tylko jedną, XIX wieczną gazetę? Jak wtedy zweryfikujesz? ;)

    Że nie sprawdzali, nie sprawdzają, i prawdopodobnie ludzie w większości nie będą sprawdzać rzetelności informacji, to raczej smutna prawda.

    • Zgadzam się i nie zgadzam :) próbuje się postawić w roli osoby z z przed 100 lat i w roli osoby za 100 lat.

      Dla nas Google jest tym czym dla nich było list na 3-4 tygodnie. Dla naszych dziadków googlem było radio.

      Ale dyskutujemy o tym co było, noe wiedząc dokładnie jak było. Pewnie za 100 lat tak też ktoś o nas będzie dyskutował próbując udowodnić, że mieli googla pod ręką ale to nie to samo co chip w mózgu, więc nie było to możliwe :)

      :) więc możliwe, że część ludzi nie miała dostępu do czegoś innego niż gazety i wierzyła gazetom kompletnie. Tak jak i teraz część ludzi nie ma dostępu do netu, i wierzy gazetom, tv bezwględnie :)

ZOSTAW KOMENTARZ