Ten post nie jest dla wszystkich. Nie będę go też streszczał TL;DR. Może być on surowy, długi i nudny. Jest to post personalny, do którego podchodziłem już nie raz – wszystkie pozostałe teksty trafiły do kosza. Na przełomie roku zadecydowałem, że tym razem zakończę i to co powstanie publikuje. Wiem, że potrzebuje tego jak nie wiem co, więc dziś będę samolubem. Trudno. Jeżeli zdecydujesz się jednak to przeczytać, miej głowę otwartą, nie krytykuj, postaraj się postawić w skórze drugiego człowieka. Z góry Ci za to dziękuję.

Jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu

Dnia 1 września 2012 roku przyjęliśmy z moją żoną śluby małżeńskie. Obiecała mi przy ołtarzu, że mi nie odpuści aż do śmierci – jak na razie trzyma się słowa :) To był dobry czas.

Jedną rzecz jaką chcę tutaj zaznaczyć to przemowa mojego świadka a zaraz przyjaciela Michała. Nie licząc żartu (z chęcią go opowiem ale nie pasuje on tutaj do postu) wspomniał on o jednej rzeczy. Niezależnie co się dzieje mawiam “będzie dobrze“. I było, czy się waliło czy nie, było dobrze. Szczęśliwy czas. Właśnie rozpoczynaliśmy nowy rozdział w naszym życiu z grupką wspaniałych przyjaciół i z niesamowitą rodziną. Taka amerykańska sielanka.

Pierwsze trzęsienie

Pierwsze miesiące szybko zleciały. W grudniu 2012r odwiedziłem swojego głównego klienta w Irlandii. Byłem u niego w biurze 18 grudnia. 19 dostałem telefon, który rozpoczął szereg zdarzeń nie do przewidzenia. Jak by to niektórzy nazwali: czarny łabędź. Mój teść zemdlał, wylądował w szpitalu i wykryli u niego guz piłeczki pingpongowej (pamięć mnie zawodzi, może to była tenisowa? nie ważne) w mózgu. Wtedy też pierwszy raz zapłakałem, od bardzo bardzo dawna. I to nie w ciszy, w pokoju hotelowym a przy moim kliencie, z którym próbowałem ustalić, jak będzie wyglądała dalsza nasza współpraca. Telefon otrzymałem dosłownie 5 minut przed tym spotkaniem.

Operacja wycięcia zaplanowana została na 21 grudnia. Zdążyłem wrócić na jej rozpoczęcie, wymieniłem swoją chorą żonę i parę(naście) godzin spędziłem w szpitalu czekając na wynik operacji. Operacja się udała, doktor potwierdził, że guz był duży i że wszystkiego wyciąć się nie dało by nie naruszyć mózgu. Nie wiadomo co dalej z teściem będzie i jak się sprawy potoczą jednak możemy być pozytywnej myśli. Święta więc były jakie były. Pomiędzy szpitalem a domami. Próba bycia normalnym i to nieokrzesane “będzie dobrze”. Nastawienie wprost z Sekret.

W końcu wszystko będzie dobrze, nie ma czym się martwić. Z jednej strony pocieszanie teściowej, z drugiej siostry żony, z trzeciej żony, także próba pocieszania brata żony. A było co robić. To nie jest tak, że się powie, że będzie dobrze i ludzie to przyjmą do wiadomości. Na każdy zarzut, że X, Y i Z, trzeba znaleźć pozytywne odpowiedzi A, B i C. Na każdy atak negatywnych myśli, trzeba szybko odpowiedzieć pozytywną. Człowiek zdołowany nie będzie widział sensu walki. Brak walki równa się przegranej. Walczyć więc trzeba. I nieść światło tam, gdzie się da. Bo każdy z nas potrzebuje chwili, kiedy wszystko jest dobrze.

Stabilizacja

Taki okres stabilizacji i dochodzenia do siebie trwał trochę. Z teściem raz było lepiej raz gorzej. Dał radę pracować. Miał kłopoty z widzeniem. Jednakże dało się to jeszcze obejść czytając mu treści i/lub pomagając mu tam, gdzie nie był on wstanie sam robić rzeczy. Patrząc na to z perspektywy czasu, to nie wiem, czy nazwał bym to okresem stabilizacji. Ogólnie w świadomości było to, że teść jest ciężko chory, przy czym w moim rozumowaniu i tak widziałem to, że wszystko będzie dobrze. Pozwoliliśmy sobie wtedy nawet na podróż poślubną. Wszystko wydawało się, że rozwinie się po naszych pozytywnych myślach.

Widziałem, jak gaśnie płomyk życia w oczach mojej mamy

Okres: 2013-11-01 – 2013-12-30

Wracaliśmy właśnie z grobów – 1 listopada 2013 r. Mojej siostry nie było, dostała stypendium naukowe w Chinach i właśnie rozpoczynała swoją niezwykła przygodę – każdy w rodzinie jej kibicował i trzymał za nią kciuki. W autobusie zadałem mamie pytanie co ona taka nie obecna i taka jakby wkurzona jest. Coś o wynikach badań, że słabe, że czekają na potwierdzenie.

4 listopada tata wpadł pogadać – coś ważnego. Mama ma raka trzustki. Właśnie potwierdzili te informacje. Rak trzustki? Będzie dobrze! Zwalczymy to! Nie ma się czym przejmować!

Jakoś nie dotarła do mnie ta informacja, nie rozumiałem sytuacji albo nie chciałem dopuścić do wiadomości tej informacji. Wszystko jednak było dobrze. Mama rozpoczęła walkę, tata robił wszystko co mógł a ja pomagałem jak potrafiłem najlepiej. Zmusiłem go do powiedzenia siostrze.

Ja w tym czasie po zgodzie mamy pojechałem na OreDev – konferencje na którą otrzymałem zniżkę od Michała Śliwonia i Rafała Legędzia z myślą, że to mnie oderwie od tego co się dzieje. To była najgorsza konferencja. Tam zacząłem doceniać powagę sytuacji. Do tej pory pamiętam jak po pierwszym piwie poszedłem do toalety nie po to by złamać pieczęć tylko by po prostu poryczeć. Normalnie w świecie, wyrzucić to z siebie i znów być sobą.

Po powrocie wszystko potoczyło się szybko. Mama po chemioterapii wróciła do domu, wyglądało, że wszystko jest ok. Czuła się lepiej. Siostra zerwała stypendium i wróciła pomagać. Dzięki temu udało się nam podzielić opieką. Każdy miał dyżury (o tym jeszcze będzie z innego pov). Albo rozmawialiśmy z mamą, albo mama spała. Było klika zwrotów akcji. Na lepsze i na gorsze. Nigdy mnie nie odpuściło zaś będzie dobrze. Oj jak mi wtedy wyobraźnia działała i wszystkie drogi prowadziły w niej do jednego miejsca: mama jest zdrowa.

Tata zaczął prowadzić wtedy bloga opisując wszystkie kroki jakie robił z mamą – do jakiego specjalisty po co i dlaczego. Gdzie badania, jakie wyniki. Rak trzustki to skurczybyk. Kroki mogą pomóc innym jak i pisania pomagało tacie. Tylko, że wtedy pierwszy i jedyny raz miałem styczność z prawdziwym hejtem. Więc jak teraz czytam lub ktoś mówi, że komentarz niezgodny z oczekiwaniem czy też nie proszony lub po prostu negatywny to hejt to sorki, śmiać mi się wtedy chce. Tak wiem, że dużo osób w polskim IT tak uważa. Życzę im by nigdy nie doznali prawdziwego hejtu. Przy tym komentarz: ssiesz, słabe to itp. to… nie ważne. Hejt był prawdziwy. Był o mordowaniu, był o tym jakim skw jest tata i że to on podcina gardło swojej ukochanej żonie i że jak ona umrze to jest jego wina i tylko jego i że to on powinien być chory. Oj nawet teraz krew zaczyna się we mnie gotować.

Czas mijał baaardzo szybko. To jak dobry film akcji. Już nie wiem co dokładnie i jak się stało, ale było to coś z wodami w nogach. mama wylądowała po raz kolejny w szpitalu i to raczej już nie będzie krótki miły pobyt. Wtedy też padła decyzja, że pora poinformować dziadka o całej sytuacji. Babcia wiedziała, ale babcia jest o 10 lat młodsza od dziadka i ma pewne zdolności o czym później. Pierwsza skaza na będzie dobrze pojawiła się u mnie jak zobaczyłem swego dziadka, weterana, partyzanta, rocznik 1920 styczeń, któremu ugięły się nogi i zapłakał pierwszy oraz od kiedy sięgam pamięcią jak zobaczył mamę na szpitalnym łóżku. Kurczę nawet nie płakał jak spadł z drabiny jak miał 89-90 lat i rozbił sobie czaszkę. Takiego bólu w oczach rodzica wcześniej nie widziałem.

Też wtedy w okolicach 20 grudnia? Sam już nie wiem, pamiętam zaś że złapała mnie panika i pustka za razem. Tej nocy dużo płakałem. leżałem z żoną w łóżku i płakałem. Z rana powiedziałem, że mamę już pożegnałem. Tak się czułem, czułem, że ta noc to było moje pożegnanie. to są moje łzy ostatni jakie mogę przelać do końca. I tak zresztą było.

24 grudnia przed wigilią odwieliśmy rodzinnie mamę w szpitalu. Zamieniliśmy kilka zdań, uścisnęliśmy się, ucałowaliśmy i złożyliśmy sobie wszystkiego dobrego. My z żoną mieliśmy ciężką wigilię wtedy. Szpital, jeden dom rodzinny i drugi w którym teściu już ledwo co stał (a może już nie stał? Pamięć zawodzi). Moja siostra jeszcze tego samego dnia odwiedziła mamę i spędzili razem wieczór. Rozpakowując prezenty które były kupione z myślą o tym, że Tata i Mama dalej będą razem.  Pamiętam to trochę inaczej niż było naprawdę. Ja pamiętam to jako dobry dzień, taki który mówi mi, że będzie dobrze. Z zapisków jest jednak inaczej.

To był ostatni wieczór, kiedy mama mówiła z sensem i dało się z nią porozmawiać. Od 25 rozpoczęła się walka z czasem – kolejna chemioterapia zaplanowana na 6 stycznia. W tych dniach wydarzyło się też coś ważnego. Coś co jak napiszę to albo mnie wyśmieją albo i nie, trudno. Moja babcia leczy rękoma, mój brat cioteczny też. I nie, nie jest to ŻADNA ściema z polsat: “ręce które leczą” – tak to była ściema, jedna wielka, Polsat i ten gościu. Wierzcie czy nie. Badania i współpraca z lekarzami na przełomie lat tylko potwierdzają to, że moja babcia leczy. Jak? Nie wiadomo. Mój brat zaś ma… to co on ma ciężko to opisać. Do póki się tego nie poczuje. Jednak w tak krótkim czasie i w tak zaawansowanym stadium choroby nic się nie dało zrobić. Tata sięgnął jeszcze po tak zwanych ludzi leczących światłem. Cokolwiek. Nie ważne. Babcia i brat naśmiewali się z tej dziewczyny a ona zaś podziwiała ich moc. To są dwie różne szkoły i sposoby leczenia operują na dwóch różnych płaszczyznach. Babca i filip to płaszczyzna czuciowa i fizyczna, oni to czują, ty to czujesz. Możesz sprawdzić, jak się pocisz i jak oni się pocą, jak im tętno przyspiesza i jak opadają z sił. Praca z światłem zaś jest pracą niewidzialną, pracą z bytami którymi nie ma, pracą na naszej duszy i naszej aurze. Mimo że nie jest to widoczne, jak się poddajemy światu i mocy to może ona robić z nami pewne rzeczy które są już fizyczne – wykrzywianie rąk, zmuszanie do zejścia na kolana itd. I ta właśnie dziewczyna otworzyła mi trzecie oko czy jakkolwiek to można nazwać. Pewne rzeczy byłem wstanie zobaczyć, poczuć i mogłem przekazać pewną energię z jednego miejsca do drugiego. Czy mi się to wydawało czy też nie, potrafiło mnie poskręcać z bólu tak jak na dobrych horrorach.

Pewnego wieczoru ta dziewczyna powiedziała bym spojrzał na swoją żonę. To był 25 lub 26 grudzień. Ujrzałem wtedy dziewczynkę w brzuchu. Ahahah gutek pieprzysz głupoty. Powiem tylko tyle, że moja córka urodziła się na początku września. Możecie sobie mówić co chcecie, wiem co ja widziałem. Dobra, koniec off topic chwilowego który ma trochę wspólnego z tym co napiszę zaraz.

Od 25 było tylko gorzej. Mama nie mogła spać i cały czas wstawała i mówiła, że już pora. 27 grudnia dostałem telefon od swojego przyjaciela (świadka), urodził mu się syn, Robin. Pamiętam, że podzieliłem się tą informacją z mamą i mam wrażenie, że zareagowała zadowoleniem – ostatnio dużo się naczytałem i sądzę, że tak nie było i wpadłem w odpowiedni bias miło jest jednak myśleć, że właśnie tak było.

30 grudnia mieliśmy dyżur opieki nad mamą. Ostatnie dwa dni były bardzo, bardzo, bardzo złe. Oczy… widząc je powiedzieliśmy mamie, że zostanie babcią, miałem wrażenie, że oczy się jej zmieniły wtedy, na ułamek sekundy, ostatni raz. Te oczy i ten oddech. Zostaną zemną chyba do końca życia. Zdążyłem jeszcze zadzwonić po tatę i siostrę by przyjechali pożegnać się z mamą. Zdążyli na ostatnie 5 minut jej życia.

To był i dalej jest jeden z najbardziej bolesnych dni w moim życiu. Obserwowanie jak gaśnie życie w oczach matki i jak jej cało wiotczeje… 60 dni od wykrycia raka. Miała 54 lata. ja wtedy miałem 31.

Spieszmy się kochać, ludzie tak szybko odchodzą

Okres: 2013-02-15 – 2013-03-10

To był szok. Spodziewaliśmy się teścia, mamy teścia nie. Wróciła do Anglii by potwierdzić, że dalej jest obywatelem i może pobierać emeryturę (w UK to sprawdzają). Przez ostatnie pół roku jak nie dłużej (maksymalnie dozwolony czas przebywania poza domem w UK jeżeli chodzi o emerytury) pomagała przy teściu jak mogła. Ukochana babcia mojej żony. Pam mieszkała u niej przez kilka lat w trakcie pracy w UK. I mi się zdarzyło tam mieszkać nawet. Kobieta które wraz z generałem Andersem dostała się do Anglii. Tam zamieszkała, tam urodziła teścia, tam zmarł jej mąż, tam też i ona zmarła po 2 tygodniach walki z rakiem. Żona ledwo co zdążyła ją odwiedzić. A wszystko by syn nie był pierwszy. Tak bardzo się tego bała, że ona odejdzie po teściu.

Na cześć babci, nasza córka ma na drugie jej imię. To była trzecia skaza na będzie dobrze.

Okres 2014-03-23 – 2014-04-01

Mój dziadek, już 94 latek. W styczniu miał badanie krwi, wszystko było ok, choć podupadł na zdrowi po śmierci mamy, nic dziwnego. Ja zostałem sam (tata pojechał z córką na wakacje które były już wykupione a na które miał pojechać z mamą). Moja babcia 10 lat młodsza od dziadka, jeszcze dochodziła do siebie po stracie córki. Moja ciocia, która wygrała walkę z rakiem, wciąż nie doszła po stracie siostry. Zostałem ja. Zajmowałem się domem, psem i jak się okazało swoim ukochanym dziadkiem. Który ze wszystkich osób NAJBARDZIEJ cieszył się na myśl o wnuczce. Oj. To byłby niesamowity pradziadek. Taki który nic tylko pragnie się bawić z dziećmi. Jemu dzieciństwo zabrała wojna. Rodzinę też. Więc to co zbudował, swoją rodzinę, kochał ponad życie – nawet tą przybraną.

23 wezwałem karetkę pogotowia do dziadka. Przez kolejne 7dni odwiedzałem go codziennie w szpitalu. Bardzo tam nie chciał być. Każdego dnia rozmawialiśmy o tym jak ja się czuję, jak Paulinka się czuje. Jak jej brzuch i jak dziecko. Czasami może jakieś zdanie mu się przytrafiło co nie miało sensu. Wciąż jeszcze miałem ducha nadziei, że będzie dobrze :) i naprawdę miałem wrażenie, że on zaraz wyjdzie z tego szpitala. To co on przeżył i z czego wychodził. Jakbym zaczął tutaj pisać to ktoś by napisał, że ściemniam. a wcale nie. To był człowiek nie do zajechania. W wieku 94 dalej codziennie chodził na 2h spacery, odśnieżał i zajmował się ogrodem. Czapki z głów.

1 kwietnia o 6 rano miałem nie odebrene połączenie telefoniczne. O 8 rano jak wstałem zadzwoniłem i usłyszałem: Twój dziadek odszedł dziś o w nocy. Zareagowałem na to na prawdę czy to jakiś prima aprilis słaby? Godzinę później identyfikowałem zwłoki. Moje drugie zwłoki w ciągu ostatnich 4 miesięcy. Ze wszystkich pamiątek po dziadku ostał mi się jedynie znaczek wojskowy.

Na jago cześć nasz chłopak ma na drugie po dziadku.

To była czwarta skaza na będzie dobrze.

Walczymy aż do końca

Okres 2013-10-17 – 2014-05-03

Część historii już było opowiedziana. Teściu miał się dobrze do października 2013 roku. Od tego czasu wszystko przybrało innego tępa. Nasz czas dzieliliśmy na pracę i dyżury na zmianę: mama – teść. Po drugiej operacji 17 października teść już chyba nie stanął na nogi o własnych siłach. Coraz ciężej też było się z nim porozumieć. Był w wielkich bólach.

To co się działo przez dwa kolejne miesiące to była przejażdżka kolejką górską – zarówno emocjonalna jak i fizyczna. Nie licząc tego co już opisałem, pamiętam jedynie wycinki z tych dni i to te które chciałbym zapomnieć: wkurzanie się, że zapomniałem ładowarki do telefonu w trakcie jednego z dyżurów. Zadowolenie, że mogę wyjść wcześniej i ktoś mnie zmieni. Wkurzenie na to, że mam zaległości w pracy. Aż mnie ciarki teraz przechodzą, jak ja mogłem myśleć w takich kategoriach? jedyna odpowiedź jest taka, że ja cały czas myślałem, że będzie dobrze.

Po śmierci mamy skoncentrowaliśmy się na tym by pomóc teściowi. Wciąż w głowie było: udało mu się już rok wytrzymać, wytrzyma i więcej, wyjdzie z tego, będzie dobrze. Jednak sytuacja się pogarszała. Nie było lepiej, wręcz stało się jasne, że sami w domu już sobie z tym nie poradzimy. Teść trafił do hospicjum, gdzie miał opiekę a my mogliśmy go codziennie odwiedzać.

Ja miałem dość już śmierci, nie chciałem jej więcej widzieć i starałem się ograniczyć wizyty do minimum. Hospicjum to takie przygnębiające miejsce. Co trochę powodowało spięć na linii żona i ja. W końcu nie tylko ja miałem dość śmierci, ona też a do tego była w ciąży! Pamiętam, jak sięgnąłem trzecim okiem do teścia na prośbę żony. Chciała wiedzieć, czy może jechać na weekend majowy i z przyjaciółką i się zrelaksować. Powiedziałem jej jedź – w myślach dodałem, pomogę Twojej mamie jak odejdzie.

3 maja, już nie wiem który raz w tym roku, widziałem ciało ludzkie, martwe, bez życia. Pomogłem jak mogłem i potrafiłem. To była piąta skaza na będzie dobrze.

Wątki poboczne

Okres: 2014

Dwa małe, które dopełniły czarę goryczy. W styczniu został uśpiony nasz kot (tak mi się zdaje, zdaje mi się, że to było po mamie, mogę się mylić), który miał raka. To była druga skaza na będzie dobrze – w ogóle nie spodziewana śmierć.

W listopadzie zaś czara się przelała, kiedy drugi z trzech moich psów które miałem w życiu został uśpiony w dniu moich. To była szósta i ostatnia skaza na będzie dobrze. Padł tak zwany trójką który wiedziałem, że będzie wniebowzięty z naszej córki: moja mama, dziadek i duch. Bardzo, bardzo mnie to bolało i dalej boli. Jestem zaś zadowolony z tego, że udało mi się zrobić zdjęcie miesięcznej córki jak jest przytulona do psa. Jedyna pamiątka, tego, że ją poznał.

Praca w 2014 roku i dalej

W 2014 zawodowo nie mogłoby być lepiej. Mój klient rozumiał sytuację więc jak trzeba było nagle się zerwać to się zrywałem. Co też powodowało, że odmówiłem innemu miejscu, w którym chciałem pracować. Powiedziałem im jaka jest sytuacja i nie mogę im zagwarantować, że będę wstanie pracować zgodnie z wymogami (przynajmniej tak sądziłem, tak pewnie tchórzliwa część mnie sądziła), zrozumieli i dalej oferowali posadę. Jednak ten sentyment do tego co aktualny klient mi dawał… pozostałem ze starym klientem.

Mimo to, miałem zaległości, coraz też częściej nie pracowałem niż pracowałem. Nie zawalałem terminów – tego bym nie pozwolił sobie zrobić. Czułem, że nie daje z siebie wszystkiego. I to uczucie się nie zmieniło. Dalej mam wrażenie, że nie pracuje, nie daje z siebie tego co trzeba, nie poświęcam czasu na naukę i dokształcanie się, nie specjalizuje się, oj ile mam negatywnych myśli! Pewnie bym mógł zapełnić tym książkę. Jednak to co najgorsze, nie robię kroku w przód. Ja stoję i czekam sam nie wiem na co. Niby już cztery lata a jednak. Co roku sobie obiecuje, pora się ruszyć. W tym roku nie jest inaczej. Ten post może coś zainicjuje? Zobaczę.

Tak czy siak, takie luźny stosunek do pracy mi pozostał. Walczę z nim codziennie na wszystkie możliwe sposoby – listy TODO, brak social, brak gazety, brak Internetów, wyłączenie komórki, chodzenie na spacery, sporty. ROBIĘ wszystko co mi wpada do głowy a co może pomóc. część rzeczy pomaga tymczasowo, część na dłużej. Jeszcze nic nie pomogło całkowicie. Teraz to już jest wymówka, to nie jest z winy tego co się stało. To co się stało już teraz jest wymówką, którą stosuje a która mnie wkurza. Więc powtarzam, też stąd ten post. Próba zmiany.

Aftermath

Nie twierdzę też, że mam najgorzej i że inni gorzej nie mieli, nie użalam się. Piszę to tak jakbym to komuś opowiedział. Znam ludzi, którzy przeżyli dużo cięższe chwile niż ja. I współczuje im całym sobą. Podziwiam ich jak oni z tym walczyli i jak ze swoimi problemami sobie radzili i radzą dalej. Szacun.

Dalej trwa, moim zdaniem dalej się w pełni z tego wszystkiego nie pozbierałem. I nie wiem, czy się pozbieram tak łatwo. Przez ten okres naprawdę nie raz chciałem z kimś porozmawiać a nie chciałem by to wyszło, że jak ja się użalam nad sobą. Z przyjaciółmi straciłem kontakt, każdy miał swoje problemy z którymi walczył także spotkać się łatwo nie było. Przy tym coś się we mnie zmieniło i chyba zacząłem zrażać do siebie ludzi. Jak już dochodziło do spotkania to raczej nie było czasu na to by rozmawiać jak to dokładnie u mnie jest. Dwa razy tylko o tym porozmawiałem. Raz w rocznicę śmierci mamy z Michałem (świadkiem) i Krzyśkiem (moim przyjacielem od liceum), oraz tuż przed pierwszym Wroc# z żoną Maćka i Karolem. Jak na cztery lata… to za dużo na ten temat nie mówiłem. Z żoną, oczywiście, rozmawiamy. Każdy z nas ucierpiał. Rozumiemy się bez słów.

Zacząłem więc wychodzić bardziej do ludzi – poznawać obcych, z obcymi na piwo itd. Chciałem po prostu mieć normalne życie tak jak to było przed wszystkimi pogrzebami. Jednak próby wyjazdów na konferencje, spotkań zawsze kończyły się taką zadumą i co dalej.

Takie nagromadzenie wypadków wybijające połowę rodziny może człowieka nieźle poturbować. Może pewnie też człowieka zniszczyć. Na szczęście jesteśmy zwierzętami dostosowującymi się do panującej sytuacji i da radę to opanować. Nie jest łatwo. Nie jest to też nie niemożliwe. Nawet się w którymś momencie śmiałem, że był taki film Cztery wesela i pogrzeb, u mnie zaś było Cztery pogrzeby i wesele (znajomego).

Codziennie więc wstaje i dziękuję za to co mam, bo wiem, jak łatwo to wszystko utracić. By nie skłamać w ciągu roku na liście wdzięczności może 10 razy znalazły się tam inne wpisy niż: jestem wdzięczny za to, że mogłem się córką pobawić, jestem wdzięczny za to, że wczoraj mieliśmy group hug itp. Strasznie zmienia to nastawienie do życia.

Najgorsze jest to, że w tym wszystkim moje przeżycia które były złe i tragiczne, stają się moją wymówką. Wymówką, dlaczego czegoś nie robię. Dlaczego jestem wkurzony, że nie mamy pomocy z dziećmi. Wiele wiele wiele innych rzeczy. Ta wymówka jest zła. i pora coś z nią zrobić.

Ale ten post jest pierwszym krokiem. Drugim będzie odwiedzenie grobów, których nie widziałem od pogrzebów. Zrobię to. Muszę się tylko zebrać w sobie.

Dużo też robiłem zabiegów w trakcie tych lat do tego by polepszyć swoje samopoczucie. Uczułem się nazywać swoje uczucia, okazywać zrozumienie, uczyłem się medytować i doceniać chwilę. Strasznie mi pomagała też rozmowa z ludźmi. Więc stosował te narzędzia które miałem pod ręką się naprawić.

Dalej nad ty pracuję.

Out-take

Kilka rzeczy się wybija. Kolejność całkowicie przypadkowa.

Po pierwsze, jeżeli sądzisz, że gorzej być nie może, jesteś w błędzie. Może być i to nawet nie wiesz jak bardzo. Więc zastanów się następnym razem, kiedy zaczniesz mówić, że gorzej to już nie może być. Ja przestałem wogóle tego określenia używać. Zakopałem je pod ziemie i niech tam zostanie.

Drugie to takie, że to co nam się wydaje, że się kiedyś wydarzyło lub jak my pamiętamy to co się wydarzyło jest… odwzorowaniem tego jak sądzimy, że było. No chyba, że mamy wszystko zapisane co do joty – taki pamiętnik. Wtedy tak, wtedy możemy odwoływać się do naszych wspomnień i mieć pewną nadzieję, że właśnie one tak wyglądały. Co za tym idzie, to również odnosi się do doświadczeń zawodowych. I wtedy to ja naprawiłem i cały zespół razem poszedł na piwo… taaaa. To też ma swój bias.

Po trzecie, wyrzuty, że czegoś się nie zrobiło, że nie parło się bardziej. Takie rozgrywanie wydarzeń ponownie w głowie, co można by było zrobić inaczej. NIE MA SENSU. Tylko się tym można wprowadzić do grobu. W danym momencie robi się wszystko co można lub na co ma się pomysł. Każdy z nas podejmuje setki mini decyzji na podstawie danych które wpadają notorycznie do naszej głowy. Z perspektywy czasu jesteśmy mądrzejsi, bo znamy koniec i nagle możemy się wymądrzać, że to było tak i to było oczywiste a my tacy głupi. Tylko, że to jest oczywiste mając pełny obraz danych historycznych i statycznych których w trakcie pisania wydarzeń nie było i w tamtym momencie podejmowaliśmy najlepsze według nas decyzje.

Po czwarte, musimy rozmawiać. Im bardziej się zamykamy i nie rozmawiamy tym bardziej to co nas dręczy w nas rośnie. A może to urosnąć do rzeczy niewyobrażalnych z którymi nie chcielibyśmy mieć styczności.

Po piąte, przyjaciele, rodzina. Naprawdę nie znamy ani dnia ani godziny. To nie są głupie słowa rzucone na wiatr. Spieszmy się kochać i dajmy możliwość bycia kochanym. Bądźmy obecni, uważni jak przebywamy z bliskimi. TA komórka naprawdę nic wartościowego nie posiada. Praca pracą, można się od niej oderwać chociaż na te kilkanaście minut jak jesteście razem. Im szybciej nauczymy się to doceniać, doceniać to co mamy tym lepiej.

Szóste, będzie dobrze. Mimo tylu skaz jakie pojawiły się w będzie dobrze dalej uważam, że będzie dobrze. Jednak okres ten który był i który dalej trwa w aftermath, nauczył mnie jednej bardzo ważnej rzeczy. Że mówienie będzie dobrze bez wiary w to, jest próbą wymuszenia czegoś. Jest sztuczne. Widziałem i słyszałem to tyle razy, ton głosu, siła głosu, wszystko: będzie dobrze, musi być dobrze, zawsze jest i zawsze będzie dobrze, jak nie inaczej jak będzie dobrze. Tyle sztucznych zdań, słów. Prób przykrycia czegoś co nie jest wcale takie piękne. I właśnie nad tym co nie piękne trzeba się skoncentrować. Lepiej powiedzieć to co się uważa i czuje niż bezmyślnie próbować się oszukiwać. Jak nie wierzysz, że będzie dobrze, to mówienie, że będzie dobrze nic nie zmieni a wręcz mnie wkurza.

Tych rzeczy jest dużo, dużo więcej. Bardzo dużo opisałem w zeszłym roku pisząc codziennie. Bardzo dużo przemyśleń, rozwinięć, punktów widzenia, właśnie pochodzi z tego okresu, który tutaj opisałem. Więc nie traktujcie tej listy jako listy zamkniętej, wręcz przeciwnie, jest to lista otwarta.

Post słowie

Czy to wszystko? nie wiem, pewnie mogę dodać więcej treści, więcej obserwacji, więcej szczegółów. Nawet nie mam ochoty publikować tego postu, albo mam? sam nie wiem. Nie wiem czego się spodziewać. Czy się otworzyłem za bardzo? czy może jednak się nie otworzyłem i nie zdradziłem żadnych wewnętrznych uczuć? czy napisałem o tym, że czasami mam ochotę ryczeć jak niedźwiedź? Jak to Pearl Jam śpiewa: i will scream my lungs out till it fills this room.

To tyle, dotrwałeś do końca, dziękuję. Temat nie jest dla mnie łatwy i cały czas jest on ze mną. Każdy dzień przynosi mi powody do radości. Są też chwile w których zaduma i smutek przeważają. Są też momenty, kiedy dziecko przekracza jakiś próg milowy w rozwoju i nagle pojawiają się myśli: a jak by na to zareagowała/zareagował. Ten post jest też próbą konwersacji, która chciałbym odbyć a której nie odbyłem. Więc dzielę się tym tak jak potrafię. Tak jak też uważam to za stosowne. Dziękuję.

16 KOMENTARZE

  1. Hej Gutek

    Zastanawiałem się czy i co napisać – trochę wiesz, ale tyle co pobieżnie, że niedawno też przez coś podobnego przeszedłem. Rok wyjęty, i w zasadzie czy z tego się otrząsnąłem to nie wiem.
    Jedno czego się nauczyłem, to że nie ma “będzie dobrze” za wszelką cenę. Nie ma sensu się oszukiwać jeżeli wiadomo że nie będzie. Są takie sytuacje. W którymś momencie trzeba sobie powiedzieć też “tak będzie, docenimy to co jeszcze mamy i przygotujmy się na to co będzie”.

    I czasami nie pozostaje nic innego niż po prostu się rozryczeć. Przeważnie wtedy kiedy robisz rzeczy pierwszy raz, których miałeś nadzieję nigdy nie robić. Albo wtedy kiedy robisz rzeczy ostatni raz. Albo gdy już jest za późno na ostatni raz. Been there done that.

    U mnie wpis w temacie leży w szkicach, trochę w innym kontekście. Może teraz się zbiorę i go dokończę.

  2. W październiku poprzedniego roku zmarła moja mama – rak trzustki. Niestety nie było mnie przy niej (300km dalej). Tato zadzwonił, że jest ciężko, zbierałem się żeby pojechać do szpitala. Za dwie godziny zadzwonił ponownie, że mama odeszła. Pod koniec roku, zaraz po świętach zmarła moja babcia. Mógłbym pisać o tym tyle co ty, ale czasu i miejsca w komentarzu by nie wystarczyło.

    Czy będzie dobrze? To zależy od obserwatora. Ludzie umierają i nie mamy na to wpływu (choroby, wypadki) – zostają nam wspomnienia, pamiątki. Łzy i emocje to normalna reakcja na stratę kogoś bliskiego. Jednak dopóki ty żyjesz to “będzie dobrze” – jak by to samolubnie nie brzmiało. Zgodnie z tym, co napisałeś może być gorzej i na każdego przyjdzie pora.

    Do tego, że gorzej być może dodałbym, że czasu jest mniej, niż nam się wydaje. Taka quasi brutalna motywacja.

    VS – chyba najlepsza płyta Pearl Jamu, postawiłbym obok Ten i Vitalogy.

    Kiedy jakaś przebieżka w Kabackim?

    Trzymaj się.

  3. Nie wiem co powiedzieć, ale dziękuję za ten post i gratuluję odwagi. Jak czytałam Twoje podsumowanie 2017 roku to czułam wielki podziw, wow, jak mu sie to wszystko udało zrobić. Teraz podziwiam jeszcze bardziej. Trzymaj się i wysyłam ciepłe serducho <3

  4. Hej Gutek, gratuluję odwagi pisania o rzeczach bardzo osobistych. Każdy ma swojego “trupa w szafie”, którego nie bardzo chce pokazywać światu. Przyznanie się do błędów, nie radzenia sobie, traumatyczne przeżycia, czy wstydliwe rzeczy, które zazwyczaj wyolbrzymiamy… Nie będę dawał dobrych rad, życzę powodzenia w oczyszczeniu głowy i ducha. :) Pozdrawiam. Bartek

  5. Hej Gutek, gratuluję odwagi pisania o rzeczach bardzo osobistych. Każdy ma swojego “trupa w szafie”, którego nie bardzo chce pokazywać światu. Przyznanie się do błędów, nie radzenia sobie, traumatyczne przeżycia, czy wstydliwe rzeczy, które zazwyczaj wyolbrzymiamy… Nie będę dawał dobrych rad, życzę powodzenia w oczyszczeniu głowy i ducha. :) Pozdrawiam. Bartek.

  6. Bardzo dziękuję za ten odważny post, prawdziwa retrospektywa to w dzisiejszych internetach prawdziwa rzadkość. Twoja opowieść (wyznanie, może nawet coś na kształt spowiedzi?) niesie mądrość na wielu płaszczyznach, dla każdego inną. Będzie dobrze.

  7. Przeczytałem, trawię i… Nie chcę komentować. Wszystko co napiszę będzie nic nie znaczącym frazesem. Dlatego z mojej strony życzę Ci poukładania sobie tego co czujesz, i powrotu na ścieżkę, którą masz w głowie, ale jeszcze nią nie podążasz.

  8. Gutek, podziwiam sile, jaka musieliscie z Zona zebrac, zeby przez ten trudny czas przejsc. Gratuluje tez odwagi i otwartosci do pisania tak prawdziwie o sprawach waznych, w czasach gdy pokazywanie emocji i wrazliwosc sa uznawane za slabosc.
    Dzieki za ten wpis, zycze Wam duzo dobrej energii!

  9. Gutek,

    rozumiem, że Ci ciężko, ale taki jest świat. Ludzie umierają. Ja umrę, Ty umrzesz, nasze rodziny umrą. Śmierć bliskiej osoby zawsze będzie boleć, ale nie można za długo żyć przeszłością, bo ucieka to co jest teraz… Takie wydarzenia trzeba “przepracować” ze sobą, z tematem śmierci warto się oswoić i ją zaakceptować, inaczej będzie Cie to podtruwać… masz swoją rodzinę, żonę, dzieci, ciesz się nimi zamiast za bardzo się zamartwiać śmiercią członków rodziny.

    Życzę Ci, żebyś to zaakceptował i cieszył się tym co jest

  10. Ciezko cokolwiek odpisac… Trzymaj się i spróbuj poszukać blasków ostatnich lat w oczach swoich dzieci, w ich uśmiechu, zobaczysz to troche pomoze. W mojej rodzinie mowi się ze zycie sklada się z pass, raz jest lepiej a raz gorzej. Tez już niestety doswiadczalismy tych złych momentów, później były lata kiedy rodziły się i rosły dzieci.
    Życzę Ci znalezienia spokoju, pozdrawiam

ZOSTAW KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here